Pochmurna, deszczowa i zimna sobota - czyli dzień dobry Pani jesień.
Oglądaliśmy wczoraj z Markiem (piątek) film "Do utraty sił", który początkowo wydawał się nudny, mieliśmy z niego zrezygnować ale na całe szczęście wytrwaliśmy do końca. Piękny film, dający dużo do myślenia. Świetnie pokazuje, jak można być na szczycie, cieszyć się szczęściem z bliskimi i żyć na najwyższym poziomie. Ale wystarczył jeden moment, utrata bliskiej Ci osoby i Twój świat się zmienia. Ogromny ból, utrata najbliższej Ci osoby, załamanie, depresja i wszystko co może być najgorsze. Bohater filmu, który był bokserem stracił najpierw żone, pieniądze, kariere - przez niesportowe zachowanie podczas walki i uderzenie sędziego- następnie dom, jego córeczka trafiła tymczasowo do domu dziecka. Z samego szczytu trafił na samo dno. Dom który miał x metrów zamienił na małe mieszkanko, musiał udowodnić przed sądem, że jest wartościowym człowiekiem, że potrafi zaopiekować się własną córką. Z totalnej depresji, ataków furii i zadurzenia, małymi kroczkami budował siebie od nowa. Zaczął pracować, trenować od nowa pod okiem nowego trenera w obskurnej siłowni, pomagał innym dzieciakom i dał rade. Odzyskał zaufanie córki. Udowodnił, że jest w stanie się nią zaopiekować, że ją kocha i że jest dla niego najważniejsza. Potrzebował pieniędzy, trafiła się walka z człowiekiem, który był zamieszany w zabójstwo jego żony - pomyślał "musze to zrobić". Walczył "do utraty sił". Wygrał. Nie tylko z człowiekiem, który zadał mu tyle bólu, ale przede wszystkim z samym sobą. Miał przy sobie najbliższych, osoby które były przy nim na dobre i złe. Było mu ciężko, wątpił, ale dał rade. Pokonał przeciwności losu, zmienił się o 180 stopni i miał przy sobie swoje jedyne i ukochane dziecko.
Płakałam po tym filmie, rozsypałam się totalnie. Utrata bliskiej Ci osoby może Cie zupełnie rozłożyć. Powoduje, że życie nie jest już takie jak przedtem, że każdy dzień bez tej osoby jest dniem straconym - przynajmniej na początku, bo przecież wiadomo, że z czasem da sie z tego podnieść, że jakoś zaczyna się żyć - no własnie "jakoś". Moja mama mimo, że z tatą nie byli nie wiadomo jakim małżeństwem - przeżyła to okropnie. Przez 3 miesiące nie było w niej życia. Cierpniała, bardzo cierpiała. W sumie została z tym sama, nie miała za wielu przyjaciół, siostry mojego taty są jakie są- nie mówie, że złe, ale każda dba o swój interes. My z siostrą też jej jakoś za bardzo nie pomogłyśmy, ja uciekłam w znajomych, próbowałam z tym sobie poradzić. Nie wiem czy do końca dałam rade, ale żyłam. Nie do końca tak jak chciałam, ale żyłam. Dostałam wiele lekcji życia, które teraz są jak skarbnica wiedzy, których nie mam zamiaru powtarzać. Wierze, że Bóg mi w tym pomoże.
Jeśli nie daj Boże stałoby się tak, że straciłabym Marka, mame i Magde (choć one o tym nie wiedzą, nigdy im o tym nie mówiłam, nie miałam na tyle odwagi) nie wiem co bym zrobiła. Pisząc o tym płacze. Gdyby go zabrakło, nie byłabym już sobą, nie umiałabym sobie radzić z życiem. Dzięki niemu świat jest lepszy, piękniejszy. On sprawia, że mi się chce żyć, że się uśmiecham, że jestem bezpieczna. Mam świadomość, że ktoś na mnie czeka, ktoś chce dla mnie dobrze, że razem już do końca. Gdyby go zabrakło... Nie, nie moge o tym myśleć, łzy same sie pchają do oczu. W tym przypadku nie potrafie być silna, mój emocjonalizm wychodzi mi uszami.
Kocham Go. Tak najprawdziwiej jak potrafię.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz